Miłość
Słowo wytrych, słowo zamek …
Wyczekiwane utęsknione, opiewane w sonetach i filmach. Tylko, że większość sonetów i filmów kończy się w momencie, kiedy naznaczeni przez los kochankowie mogą w końcu być razem i z ich ust (najlepiej synchronicznie) pada wytęsknione „Kocham cię”. Fanfary, kurtyna i …. A jak wygląda ciąg dalszy tej historii?
I co właściwie kryje się pod słowem „miłość”? Pomysły są różne … Każdy z nas ma swoją definicję miłości, swój własny, jakby to powiedziała psychologia – „konstrukt teoretyczny odnoszący się do tego uczucia, specyficzny system pojęciowy je określający”… Warto sprawdzić czy potencjalny partner związkowy rozumie to pojęcie podobnie, co by się poniewczasie nie zdziwić bardzo. Zakładanie, że „jak kocha, to się domyśli” albo „to oczywiste, że czujemy tak samo” niejednokrotnie zakończyło się na sali sądowej z wokandą „sprawa rozwodowa”.
Moi drodzy studenci zaproponowali takie pojęcia, jako synonimy słowa „miłość”:
– troska o drugiego człowieka,
– poczucie bezpieczeństwa
– stabilizacja
– zaufanie
– akceptacja
– wolność
– odpowiedzialność za drugiego człowieka
– zależność
– poczucie symbiozy
– wspólnota na każdym poziomie życia i bycia
– lojalność
– dokońcażyciowość,
– niezmienialność
Dlaczego do miłości jest nam potrzebny drugi człowiek?
Zaspokaja nasze deficyty (tak te „emocjonalne czarne dziury” wyniesione z dzieciństwa)? Wzbogaca nas o nowe doświadczenia? Poszerza naszą świadomość siebie? Pozwala na rozpisaną przez podświadomość psychodramę pt „Nie odegrałam tej roli właściwie z własnym rodzicem, więc odegram ją z tobą”? Czemu obarczamy drugą osobę odpowiedzialnością za nasze emocjonalne well being? Żeby nie brać jej na siebie? Większości z nas łatwiej powiedzieć „to twoja wina”, niż „spieprzyłem sprawę”. I zawsze można dodać „gdybyś mnie kochał/kochała …..” Hmmmm, którego rodzica to tekst?
Nie wydaje mi się żebyśmy byli w stanie świadomie kogoś kochać, jeśli nie mamy pomysłu na to, kim sami jesteśmy, jakie są nasze potrzeby i wartości. I jeśli nie mamy wyczyszczonej emocjonalnej przeszłości z pierwowzorami naszych relacji, czyli rodzicami, bramami życia. Inaczej łapiemy się na niebezpieczeństwo podświadomej projekcji uczuć do nich na bogu ducha winnego partnera.
Uważam też, że istnieje wyraźne rozróżnienie między zakochaniem – gdzie główną rolę odgrywają, hormony, feromony i cała inna chemia naszego układu limbicznego – a miłością, która jest świadomą decyzją, racjonalną, przemyślaną.
„Kocham cię z twoimi zaletami i wadami, z jasną i ciemną stroną, wtedy kiedy jesteś słodki jak miód i kiedy wkurwiasz mnie do granic wytrzymałości. Znam i akceptuję twój pomysł na życie. Jesteśmy autonomicznymi jednostkami, które na ten moment w życiu chcą iść przez nie razem, na tyle, na ile jest to możliwe.”
A czasem jedynym możliwym jest tekst „kocham cię” i rozstanie się … Bo to miłość do siebie i szacunek do siebie są kluczem …
