„To ja mogę powiedzieć, że nienawidzę swoich rodziców?”

„To ja mogę powiedzieć, że nienawidzę swoich rodziców?”

„To ja mogę powiedzieć, że nienawidzę swoich rodziców?”

Czasem jedyną zasługą rodziców jest to, że stali się bramami życia i dopatrywanie się w nich bogów i autorytetów, mimo tego, że wpaja nam to socjalizacja i wszyscy dookoła jest niezasadne. Czy można żywić inne uczucia wobec kogoś, kto od początków życia czy to świadomie czy nie, niszczył swoje dziecko na wszystkie możliwe sposoby? Tak, ja wiem „szanuj ojca swego i matkę swoją”, ale czasem nie ma za co. I czemu to powiedzenie ma nie działać w drugą stronę? „Szanuj dziecko swoje”

Przemoc fizyczna jest to najprostsza forma przemocy. Bicie, łamanie kości, przypalanie papierosami, gryzienie, wyrywanie włosów, głodzenie, rzucanie w ofiarę przedmiotami. Coraz częściej pojawiają się ostatnio w mediach informacje o dzieciach, maluchach poniżej 5 roku życia zakatowanych przez dorosłych opiekunów. Współpracuję z Komendą Policji w Łodzi w ramach kampanii przeciw przemocy wobec dzieci, stąd wiem np. o wynikach sekcji tych maluchów. Doznały niejednokrotnie obrażeń, które poważnie uszkodziłyby dorosłego, a może nawet doprowadziły i do jego śmierci. Mało osób przeżywa pękniecie czaszki czy jelita…. Jakkolwiek by to zabrzmiało, tych dzieci już nikt nie uratuje i im nie pomoże. Możemy mówić o tym coraz głośniej, żeby takie sytuacje zdarzały się coraz rzadziej, albo żeby oprawcy ponosili odpowiedzialność za swoje czyny i nie mieli możliwości krzywdzenia kolejnych osób. Ale dla tych dzieci nie można już nic zrobić. Nie potrafimy zmartwychwstawać umarłych.

Pozostają wszyscy ci, którzy przeżyli. Których rany fizyczne się zabliźniły, kości zrosły, siniaki zeszły. Ale, którzy pozostali poranieni w środku. Którzy nie wiedzą kim są. Czemu ich spotkało takie doświadczenie. Nie znają innych doświadczeń niż traumatyczne więc skąd mają wiedzieć, że mogą inaczej. Że mogą wzrastać mimo przeszłości, że mogą odnaleźć siebie tego małego w środku, zaopiekować się nim i iść razem dalej przez życie z inną definicją siebie. Osoby świadomej swojej przeszłości, ale nie zawieszającej się na niej, potrafiącej czerpać z traumy, nieustająco wzrastającej. A moim przywilejem jest to, że mogę w tym towarzyszyć …

A może trauma jest potrzebna dla rozwoju?

A może trauma jest potrzebna dla rozwoju?

A może trauma jest potrzebna dla rozwoju?

Czasami przychodzi taki moment, że słuchając czyjej historii bolesnej o życiu, jedynym sposobem reagowania jest bezradność wobec ciężaru zdarzeń, które ktoś przeżywa. I wtedy wytłumaczeniem, które mi pomaga jest uznanie, być może kontrowersyjne, że traumatyczne doświadczenie jest potrzebne osobie do rozwoju, że sama wybrała taką drogę, że potrzebuje tego, żeby zdefiniować siebie.

Można nazwać to karmą czy odtwarzaniem nieuświadomionej nieraz historii rodu.

Czymś nieuniknionym.

Lekcją, którą trzeba przejść w szkole życia.

Doświadczeniem, które musiało się pojawić.

Z nadzieją, że uświadomienie sobie tego faktu zakończy proces i dla niej i dla następnych pokoleń.