Walentynki czyli zakochanie albo miłość, a może jedno i drugie
Dzień, w którym MUSISZ być zakochana/zakochany – upssss. Really?
I czym właściwie jest to zakochanie … A czym jest miłość?
Uczeni jesteśmy przez mass media jakiegoś obrazu, który wydaje się nam niedoścignionym, aczkolwiek obowiązującym, wzorcem. Większość filmów i książek „o miłości” – tsaaaaa – opiewa ten stan jako:
– ciągłe i nieustające „motyle w brzuchu” (zastanawialiście się kiedyś czy one się bidulki nie męczą tam i skrzydełka im nie opadają – także dosłownie?), to tak, jakby stale być na jakichś dopalaczach – może i ekscytujące przez jakiś czas, ale …
– pożądanie, które trwa latami (no i tu neuromądrzyludzie, którzy mówią, że fizjologicznie nie jest to możliwe, bo hormony, feromony i inne neuroprzekaźniki nie są w stanie być aż tak aktywne przez dłuższy czas – polecam filmy Helen Fischer na platformie TED), https://www.ted.com/talks/helen_fisher_the_brain_in_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare
– dramę – im więcej, tym „miłości” też więcej – no, bo przecież jak jest szaleństwo jest związek, im więcej burzy tym więcej uczuć, im bardziej bije/rzuca/zdradza, ale wraca i jest – tym bardziej mu/jej zależy – absurd? Niestety nie. Przykłady? Chociażby bijący rekordy popularności „Pamiętnik” z Ryanem Goslingiem i Rachel McAdams, „50 twarzy Greya”, czy „365 dni” – ten przynajmniej jakieś filmowe Maliny dostał, ale czy to powód do chwały … Wszelakie „brazylijskie” telenowele czy reality show, w których plastik fantastik i silikon wszędzie (zamiast mózgu chyba też), pokazują „miłość” jako nieustającą walkę o uwagę i zainteresowanie i inne części ciała lubej/lubego.
– społeczne uwarunkowania dotyczące zwłaszcza kobiet – MUSISZ być w związku, MUSZĄ być obok jakieś spodnie, MUSISZ urodzić dzieci – bo jak nie, to kim ty jesteś? Jakaś wybrakowana…. Nikt cię nie chce … co z tobą nie tak .. (tym wszystkim, które niedawno przeszły przez takie słodkie rodzinne teksty podczas Bożego Narodzenia i już „szykują się” na kolejny atak podczas Wielkanocy podaję wspierającą dłoń …). Można w te słowa uwierzyć i wejść w relację, która spełni czyjeś oczekiwania, ale i będzie nieszczęściem do końca życia
– ale także mężczyźni takowym podlegają – ze słynnym i chorym „chłopaki nie płaczą” na czele – prosty komunikat zakazujący czucia. „Masz być silny, masz być wojownikiem, zbroi nie zapomnij założyć” – ciało to robi za nas, napinając mięśnie tak, że aż usztywniamy się cali – nie bądź wrażliwy, nie miej marzeń, nie chcij być kochany, nie fantazjuj o czułości, dotyku, przytuleniu. I lecą obrzydliwe określenia „maminsynek”, „pedał” i stała tresura. Przekaz jest dość prosty, jak się go umie dostrzec – „drogi synu, ja twój ojciec nie umiem w emocje, przerażają mnie, nie znam, poranili mnie kiedy byłem mały za ich okazywanie więc ty też nie możesz być w ich świecie – niby cię w ten sposób chronię, ale tak naprawdę zabijam”. Bo emocje to życie …. I ponieważ potrzebują jakoś ujścia więc odpalają się albo na zewnątrz w przemoc fizyczną, albo do środka, w autoagresję, nieszanowanie siebie, psychosomatykę – zawały, zaburzenia w sferze seksualnej, gastryczne, przeciążone ciało nie daje rady i woła o pomoc. Jaka jest najbardziej dostępna? Używki … i ich zbawienny efekt natychmiastowego regulowania uczuć.
O tym, że część z nas jest zauroczona dramą zakochania decydują też oczywiście
nasze rodzinne doświadczenia,
zwane także traumą wczesnodziecięcą – mój obszar działań zawodowych – które predystynują nas do wyboru określonego wzorca relacji (bo ten znamy …)
– rodzice, którzy byli niedostępni emocjonalnie – „co jeszcze mogę zrobić drogi ojcze/droga matko, żebyście mnie zauważyli?”, „czym mogę zasłużyć na wasze zainteresowanie, bo nie śmiem tego nazwać miłością?”, „jak bardzo mam zrezygnować siebie, by zaistnieć w waszym świecie?” i wtedy, jako dorośli, godzimy się na okruszki zainteresowania i uwagi innych dorosłych
– rodzice przemocowi – nasze dziecięce mózgi łączą najczęstsze zachowania rodziców z ich uczuciami do nas, a chcemy wierzyć, że nas kochają – stąd paradoksalne wydawało by się połączenia „jak bije to kocha”, „jak poniża to kocha”, „jak upokarza to kocha” – zbyt często takie schematy pokazują się w mojej pracy terapeutycznej (czy to przy pracy np. EMDR czy ustawieniami hellingerowskimi) i budzą totalnie zdziwienie, zaskoczenie i przerażenie też, bym miała kwestionować ich zasadność.
– rodzice, którzy byli manipulujący – „jeśli będziesz się dobrze uczyć mamusia będzie cię kochać”, „jeśli będziesz grzeczną dziewczynką tatuś nie będzie pił”, „jeśli ….. (zapomnisz o sobie i swoich potrzebach, to my rodzice zaszczycimy cię swoją uwagą przez chwilę)”. Jeśli …. Zapomnisz o sobie i wybierzesz moje dobro to będziesz mnie mogła/mógł nazywać swoim …. Oj, wysoka ta cena za „związek”, prawda?
– rodzice nadmiernie krytyczni – „nic z ciebie dobrego nie wyrośnie”, „do niczego się nie nadajesz”, „kto cię będzie chciał” – kiedy nie dostaliśmy akceptacji jako dziecko jako dorośli zrobimy wiele, by jej w końcu doświadczyć. I wtedy „idealny” będzie dla nas partner, który będzie nam mówił jak mamy żyć, jakie kryteria spełniać, by nas zaszczycił swoją obecnością w naszym (ponoć) życiu, na którego uwagę musimy czymś „zasłużyć” – ale tu końca nie widać, nigdy nie staniemy się „wystarczający”, ale skoro taki model znamy, to zakasujemy rękawy i do orki … nad sobą rzecz jasna
– rodzice „nieogarnięci życiowo” – nie radzący sobie z prowadzeniem gospodarstwa domowego, zarabianiem pieniędzy, niezaradni, nadużywających substancji psychoaktywnych – kiedy trzeba się stać „rodzicem dla swoich rodziców” to pociągający stają się partnerzy, którzy są swoistym „projektem” – ‘moja miłość go uleczy; – jedno z częściej wypowiadanych zdań przez osoby współuzależnione, ‘beze mnie sobie nie poradzi’ – zbawię i uleczę i będę niezastąpiona/niezastąpiony w jej/jego życiu (oj jakże szybko można się przekonać, że nie jest to prawdą). No, ale w końcu skoro mamy model sprawowania kontroli nad kimś lub potrzebujemy poczuć swoją moc to inaczej nie można być w relacji, prawda?
– rodzice nadmiernie kontrolujący, dominujący – skoro nauczyli nas, że nie potrafimy dokonywać właściwych wyborów (pytanie wg czyjego klucza właściwych?), to szukamy partnerów, którzy poprowadzą za rączkę, wskażą kierunek, oświetlą drogę, podejmą decyzje za nas.
I nagle staje się jasne czemu wybiera się określony typ partnerów – powtarzamy to co znamy, do czasu kiedy tego nie wyciągniemy na światło dzienne i nie uleczymy.
Dlaczego te sytuacje z domu pochodzenia są tak ważne?
BO UCZĄ NAS JAK TWORZYĆ WIĘŹ Z INNYMI. Niestety często przez deprywację, i dramę, i ból .
I wtedy wchodzimy w relację z kimś kto jest albo uderzająco (nieraz dosłownie) podobny do naszego ważnego emocjonalnie rodzica, albo jest ciut od niego lepszy dla nas – „wydawał mi się świetną partią, bo …. zabrał mnie do kina, okazał trochę czułości, miałam poczucie, że jestem dla niego ważna, nie krzyczał, rzadko bił …..”. Zakochujemy się w potencjale, w naszym wyobrażeniu o kimś „widziały gały co chciały zobaczyć”, wierzymy w międzypokoleniowe skrypty, zadowalamy się okruszkami, nie dając sobie prawa do tortu …
„Zdrowe relacje wydają się nudne tym, którzy przywykli do relacji nasyconych toksycznością i dramą. Nie są pewni co zrobić z miłością, która jest spokojna, łagodna i nie wymaga od nich dokonywania ciągłych poświęceń” Glory Osei
No a co z tzw. „chemią”? Jeśli bazujemy na brakach, na pierwotnych instynktach, na głodzie odczuć, to chemią będzie emocjonalna niedostępność, niezaspokojenie, zdobywanie. Stąd uwielbienie do bad boyów i księżniczek na ziarnku grochu – im bardziej cię nie ma, tym bardziej cię pragnę. Ale jak już cię mam to co wtedy? Idę dalej …. Bo przecież ma być nieprzewidywalnie i bez intymności, tej duchowej i emocjonalnej, bo tego nie ma w opcjach i w to nie umiem.
Natomiast kiedy zaczynamy widzieć siebie, relacje i świat cały z pozycji bezpieczeństwa to chemią będzie spokój, zaufanie, bliskość, czułość …
Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do stałego deficytu trudno mu może być uwierzyć w to, że może dostać i przyznać przez samym sobą czego potrzebuje – tego miękkiego, puchatego, stabilnego … i goni za „chcę” – za dramą, którą zna … Smutne, przerażające, prawdziwe. Ale możliwe do zmiany.
W domach, w których buduje się relacje między ludźmi na dobru, takie sytuacje nie będą miały miejsca. Z nich wyjdą dzieciaki, które będą wiedziały, że są ważne, wartościowe, doceniane, chciane za to kim są, kochane. I to będzie powodowało, że one nie będą zainteresowane tym medialnie nagłaśnianym zakochaniem, bo będą wiedziały, że to o MIŁOŚĆ chodzi.
MIŁOŚĆ
Tą bazującą na szacunku, wspólnocie, zaufaniu, rozmowie, chęci zrozumienia, pełnym czułości kontakcie fizycznym. Mój filmowy wewnętrzny maniak znalazł też przykłady na taką – choć zdecydowanie jest jej mniej – „About time” również z Rachel Mc Adams, rodzime „Noce i dnie” z jakże pozornie nudnym, a finalnie niezastąpionym Bogumiłem (no, ale „ten od nenufarów” był gorącym obiektem westchnień przez czas dłuższy). I jeszcze jeden piękny film mego dzieciństwa „Skrzypek na dachu” ze wspaniałą rolą Topola – jest tam jego cudna wypowiedź na temat wieloletniego małżeństwa, zaaranżowanego przez swatkę. „Poznaliśmy się w dniu ślubu, najpierw nauczyliśmy się żyć obok siebie, potem ze sobą, polubiliśmy się, zaprzyjaźniliśmy i pokochaliśmy” – może to o to chodzi?
Żeby wiedzieć jak być razem?
RAZEM
Wiedzieć który kubek jest ulubionym kubkiem
Umieć pokazać, że jest się blisko i fizycznie i emocjonalnie
Rozumieć bez słów
Kończyć nawzajem swoje zdania
Szanować odmienność drugiej osoby i kultywować to wszystko co wspólne
Świadomie wybierać się codziennie do bycia i życia
Zachowywać równowagę między NIEZALEŻNOŚCIĄ a RAZEM
Rozmawiać o wszystkim co pomiędzy, nawet jeśli nie jest to wygodnie, bo wymaga konfrontacji z własnymi demonami
Nie doświadczać, ani nie wywierać presji, aby stać się kimś, kim nie jesteś
Uczyć się siebie i siebie nawzajem
Mieć świadomość swoich triggerów i rozbrajać je, biorąc za nie odpowiedzialność i być wdzięcznymi, że relacja nam je pokazuje i wynosi na światło dzienne, bo bez niej nie byłoby to możliwe
Widzieć w partnerze siebie
Szanować swoje ciała i cieszyć się w pełni seksualnością i zmysłowością
Umieć razem wzrastać
Nie mieć oczekiwań co do tego, jak każda osoba powinna się zachowywać
Być akceptowaną/akceptowanym za to, kim jesteś
Mieć wystarczająco różnic, by się sobą zainteresować i wzbogać oraz przewagę podobieństw, bo to na nich się buduje RAZEM
Cieszyć się dawaniem i braniem, zwłaszcza małych gestów i czynności i częściej niż przy „ważnych okazjach”
Mówić „Daj znać jak dojedziesz do domu”, „Przygotuję Ci obiad jak wrócisz”, „Dbaj o siebie” …
Bo to o Miłość, w której możesz być sobą, ze swoją jasną i ciemną stroną, bez gry i udawania, bez iluzji, chodzi.
O Miłość, która jest wolnością.
Zakochiwać się codziennie w kimś, kogo się kocha – tego Wam Kochani życzę dziś i zawsze
Z miłością
Dorota



